W lustrze Adelajdy

Każdego wieczoru kiedy kładł się do łóżka, lubił robić rachunek minionego dnia. Nie zasypiał od razu. Rozmyślał i analizował wydarzenia, które miały miejsce w jego życiu i dotyczyły osób mu bliskich. Irytowało to przestraszliwie jego eks. Bowiem miał zdolność pytania jej, co ona sądzi na temat jego przemyśleń i nie dawał jej zasnąć. Nakrywała wtedy głowę kołdrą mówiąc „Daj mi spokój. Jest już późno a Ciebie jak zwykle dopadają rozmyślania na bezsensowne tematy”. Uważał, że kontemplacja na temat jego poczynań pozwala mu stać się lepszym człowiekiem.
Zawsze chciał mieć wszystko poukładane. Lubił wiedzieć w poniedziałek, o tym że w sobotę zabiera ją z dziećmi na wycieczkę, czy nad jezioro. To też ją w nim irytowało. Ona wolała żyć chwilą obecną i nie mieć niczego zaplanowanego. Jak mówiła – „spontony są najlepsze”.
Jedyne czego oczekiwał od życia i czego pragnął najbardziej na świecie to posiadać kompletną rodzinę, dom, dzieci. Kochać i być kochanym. Tak po prostu, do grobowej deski. Tak był wychowany. Po mimo iż ojciec był alkoholikiem i wynosił z domu wszystko co popadło, wiedział że kocha matkę. Nałóg jednak był silniejszy. Pewnego wieczoru, pijany ojciec rozbił się samochodem. To była ostatnia podróż ojca. On miał wtedy piętnaście lat a jego siostra, Adelajda, cztery.
Tomasz, bo tak miał na imię, zawsze czuł się bardzo odpowiedzialny za bliskich. Po śmierci ojca postanowił zaciągnąć się do armii. To był wówczas najprostszy sposób na pewny zarobek i pewną pracę.
W trakcie służby przygotowawczej nie mógł opuścić terenu koszar. Jedyny kontakt z rodziną jaki mu pozostał to listy. Matka nie miała praktycznie żadnych środków do życia, to też nie mogła przyjechać do niego z Adelajdą w odwiedziny. Jego żołd wystarczał tylko na to by wysłać matce pieniądze na utrzymanie się wraz z siostrą. Sobie zostawiał tylko tyle, żeby starczyło mu na papierosy. Kiedyś armia dawała przydział papierosów, jednak te czasy się już skończyły i musiał sam o to zadbać. A lubił zapalić. To go odprężało. Poza tym w wojsku panowała nie pisana zasada, że kto nie pali ten robi. No więc lepiej było się nauczyć palić, po to by mieć dodatkową przerwę.
Mijały miesiące. Po jakimś czasie zauważył, że charakter pisma matki zmienił się i że wątki w nich podejmowane nie trzymają się całości. Martwił się, że być może matka rozchorowała się, ale w wojsku nie miał czasu na myślenie o tym. Po każdym dniu zajęć padał jak betka z wycieńczenia. Zresztą i dni w koszarach były podobne do siebie, to też nie bardzo było co analizować. Rano zaprawa, potem śniadanie, następnie ćwiczenia strzeleckie w terenie lub zajęcia teoretyczne. Po południu czas na naukę własną. Gdzieś w międzyczasie obiad. Musztra. Kolacja. Po niej obowiązkowy dziennik telewizyjny na którym nie raz zdarzyło mu się przymknąć oko. Nie interesowała go wtedy polityka. Następnie sprzątanie, wieczorna kąpiel, apel wieczorny i sen. Czas przelatywał mu między palcami i zdarzało się, że nie odróżniał dnia od dnia, godziny od godziny.
Kiedy, po pół roku, przyjechał na pierwszą przepustkę, wszystko stało się jasne. Teraz matka wpadła w sidła alkoholowego uzależnienia i w kolejnych szklaneczkach trunku topiła smutki po stracie ukochanego męża. Wiedział, że teraz nie może jej pomóc. W tej chwili martwił się tylko o swą siostrę. Kiedy on piął się po kolejnych szczeblach, niewielkiej kariery, mijały lata. Po ośmiu wiosnach, stać go już było na kupno własnego, niewielkiego mieszkania. Adelajda miała wtedy dwanaście lat. Pewnego dnia przyszedł do domu matki z postanowieniem, że z nią porozmawia i zabierze siostrę do siebie na utrzymanie. Niestety matka leżała bezwładnie w pijackim amoku na starej zniszczonej wersalce z twarzą w wymiocinach. Podszedł do niej, wytarł jej twarz, ułożył na łóżku, przykrył kocem i napisał parę słów na strzępie kartki która leżała na stole. „ Matulu najdroższa. Zabieram Adelajdę do siebie. Będę się nią opiekował. Jesteś dla mnie równie ważna, ale nie mogę teraz pomóc Wam obu. Nie martw się o nas. Nie długo wrócę i Ciebie zabiorę. Kiedy się spotkamy wszystko Ci opowiem. Kochamy Cię. Do zobaczenia Mateczko.” W czasie gdy pisał te słowa, Adelajda pakowała swoje zabawki do brudnego plecaka. Kiedy Tomasz stanął w futrynie drzwi jej pokoju i to zobaczył, parsknął śmiechem. Przyniósł pożyczoną od matki walizkę i wraz z siostrą, segregując rzeczy, pakował ją do nowego domu.
Był to już wówczas tylko jego dom, bowiem i jemu życie nie szczędziło negatywnych doświadczeń. Tomasz był już rozwodnikiem, po tym jak jego żona poszła z karczmarzem. Z małżeństwa miał dwoje wspaniałych dzieci. Jak to mówią parkę, chłopca i dziewczynkę. Dzieci, jak to zwykle bywa, zostały przy matce. Tomasz był człowiekiem honoru, nie mógł sobie pozwolić na życie z kobietą która go zdradziła. Odszedł. Kilka miesięcy później, zastanawiał się czy dobrze zrobił. Myślał: „ może gdybym był zwykłym chamem, troglodytą lepiej by mi się żyło”. Nie umiał jednak być typowym hedonistą, ale nie był też stu procentowym altruistą. Dumny był ze swoich dzieci. I z córki i z syna jednocześnie, bo każde z nich miało takie cechy, że mógł być z nich tylko dumny. Teraz jednak najważniejsza była siostra. To ją musiał wykształcić, ubrać, nakarmić, dać jej poczucie bezpieczeństwa i rodzinny dom. Pieniądze zarobione w armii już nie wystarczały. Musiał szukać nowej pracy.

*
* *

Marta. Właśnie. Jego żona miała na imię Marta. Była to kobieta piękna. Piękna w każdym szczególe. Wysoka, szczupła o wyraźnie zarysowanej talii, kruczo czarnych włosach i ciemnych oczach. Tomasz uwielbiał patrzeć kiedy się porusza z tacą na dłoni pomiędzy stolikami pełnych gości. Marta prowadziła swoją wymarzoną kawiarnię. Uwielbiała wymyślać drinki, komponować desery. Wychodziło jej to nad wyraz dobrze, to też w kawiarni wciąż byli goście. Jej mąż ze swoimi zdolnościami do kontemplacji i analizowania, jej zdaniem, błahych spraw zupełnie do niej nie pasował. Ona była osobą energiczną, wszędzie było jej pełno. Czasem zdawało się, że w jednym czasie jest w kilku miejscach na raz. Potrafiła być przy swym ulubionym „piano-barze” i w mgnieniu oka przemieścić się na zmywak, by sprawdzić czy nie ma tam zbyt wiele szkła do zniesienia po umyciu na bar, albo jednoczenie tworzyć jakąś galaretkowatą kompozycję i obsługiwać gości. Wszystko miała opanowane i na oku. On miał tendencje do ulatywania gdzieś w przestworza marzeń czy pragnień. Potrafił ocknąć się z tego letargu w połowie zdania które do niego mówiła. Na początku jeszcze prosił ją aby powtórzyła, ale gdy nauczył się, że doprowadza ją to do maksymalnej irytacji, przestał pytać. Teraz wolał zgadywać, lub trzeźwo czekał aż powtórzy prośbę. Zdarzało się, że Marta prosiła go o rozwiązanie jakiegoś problemu. Głównie finansowego lub organizacyjnego. Znajdywał co prawda rozwiązanie prawie idealne, dopracowane w szczegółach. Jeśli trzeba było potrafił nawet przedstawić jej preliminarz w którym wszystko było rozpisane krok po kroku, suma po sumie. Zajmowało mu to jednak na tyle dużo czasu, że ona zdążała już swój plan, nie tak szczegółowy, wdrożyć w życie.

Tomasz poznał Martę w trakcie służby wojskowej, w jej kawiarni. Gdy tylko ją zobaczył, od razu wpadła mu w oko. Z resztą z wzajemnością. Spotykali się jakiś czas w kawiarni, kiedy on mógł na chwilę opuścić koszary. Zawsze pierwsze kroki kierował do niej a ona cierpliwie na niego czekała. W końcu przyszedł czas, w którym zaproponowała mu, aby zamieszkał u niej. Nie za bardzo było to po jego myśli, ponieważ był nauczony, że to mężczyzna powinien posadzić drzewo, zbudować dom i założyć rodzinę. Stwierdził jednak, że skoro nie posadził drzewa i nie spełnił pierwszego wymagania z tego konserwatywnego łańcuszka, nie zaszkodzi zgodzić się zamieszkać z ukochaną osobą. Później już szybko poleciało. Dzieci, wspólne staranie się o kawiarnie i jej prowadzenie. Organizacje bankietów, konferencji, imprez okolicznościowych. Tak minęło bez mała dziesięć lat. Kiedy ich córka miała dziesięć lat a synek półtora roku, małżeńska sielanka zaczęła się sypać w drobny mak. On nie zauważył kiedy przestał nadążać za Martą i pewnego zimowego wieczoru odkrył jej list do kochanka, pewnego karczmarza z konkurencyjnego pubu. Kiedy przeczytał ten list, zapytał jej drżącym ale spokojnym głosem „Co to jest? Co to ma znaczyć? Wszystko zepsułaś.” Był człowiekiem honoru. W duszy wciąż był żołnierzem. Po kilku godzinach nocnej rozmowy, a rozmawiali ze sobą jak dwoje dojrzałych, dorosłych ludzi, poprosił żonę o trzy miesiące na zorganizowanie się na nowo. Opuścił, jak mu się wydawało, rodzinny dom. Zabrał z sobą tylko najpotrzebniejsze mu rzeczy. Ubrania, środki higieny osobistej i parę książek oraz dokumenty.

*
* *

Teraz miał siostrę i nią musiał się zająć. Ona w tej chwili stanowiła jego najbliższą rodzinę. Tomasz nie umiał kochać za coś. Kochał po mimo wszystko, tak jak kocha się własne dziecko. W małżeństwie wystarczała mu pewność, że Marta zawsze będzie przy nim. Wiedział, że każdego wieczoru w końcu wróci do domu i będzie mógł ją przytulić. Tak kochał również siostrę, którą czasem nazywał krótko „Sis”. Nie umiał kochać Adelajdy, za to, że po mimo młodego wieku dbała o niego. Wstawiała pranie, przygotowała obiad, szykując się do szkoły przygotowywała mu śniadanie do pracy. Nie wymagał tego od niej. Równie dobrze mógł to robić sam. Miłość do siostry zawsze tłumaczył więzami krwi, które miały dla niego nie bagatelne znaczenie. Oboje od początku o siebie dbali. On kupował jej ubrania, książki, dawał poczucie bezpieczeństwa. Wiedział, że ma w nauce spore zaległości, więc nie denerwował się na nią za niskie oceny. Razem pracowali nad lepszymi osiągnięciami w nauce, a Adelajda polubiła naukę i zaczęła się co raz częściej uśmiechać. Przyszedł jednak czas w którym oszczędności Tomasza topniały. Podejmował pracę wszędzie gdzie to było możliwe. W porcie przy przeładunkach, w fabryce mebli a nawet w lokalnej prasie. Nie zatracił nawyku kontemplacji i co raz częściej dochodził do wniosku, że wcale nie był taki oderwany od rzeczywistości w latach poprzednich. Bardziej żył teraźniejszością wtedy niż dziś. Dziś co raz częściej zdarzało mu się patrzeć w tył, a pamiętał słowa z Biblii. Słowa w których mowa była o żonie Noego, która wbrew poleceniu Boga, w trakcie ucieczki do arki obejrzała się za siebie i stała się słupem soli. Bał się stać słupem soli.